Ksiązka Nachalnika nie jest jakąs nowością na rynku księgarskim i pewnie tylko w antykwariatach już tylko bedzie dostępna, ale warto poszukac. Tak się zdarzyło że dawno temu wpadła mi w ręce i przeczytałam jednym tchem, albowiem temat jest zgoła nie typowy, nader interesujący.
Zachęcam do zapoznania się z szerokim opisem na temat ksiązki, autorstwa Tomka Krakowskiego, a następnie do samej lektury
„Łomża niepasteryzowana 2”
W „Życiorysie…” Nachalnika znajdujemy wspomnienie o jego
pierwszej wizycie w kinie w Łomży. Nie trzeba chyba dodawać, że dla uczniów
jesziwy rozrywki takie jak teatr czy kino, były surowo zakazane. Kino było
traktowane jako strata czasu, a za tym bitul Tora, czyli uchybienie samej
Torze. Z drugiej strony mogło także nieść zagrożenie moralności. Z
dzisiejszej perspektywy filmy sprzed ponad 100 lat jawią się dość purytańsko i
niewinnie, ale wtedy nawet widok nagiej kobiecej łydki, czy Has
WeSzalom pocałunku, siał istne zgorszenie. W 1911 r. doktor Rudolf Beber
wybudował w Łomży gmach kinoteatru „Miraż”. Wspaniały monumentalny budynek o
szerokiej bramie, dwóch wieżach zwieńczonych blaszanymi, spiczastymi
kopułami, przypominał budowlę sakralną, kościół bądź synagogę. „Miraż”
znajdował się w zachodniej części miast, w której mieszkało niewiele
żydowskich rodzin. Stąd też dla uczniów jesziwy był to w miarę bezpieczny
teren, z dala do wszechwidzących oczu roszjesziwy.
„Niecierpliwie
czekałem na bilet z myślą, że gdyby mnie ktoś ze znajomych ujrzał, miałbym się
z pyszna. Nareszcie dostałem bilet i wszedłem do poczekalni. I to,
com ujrzał, zdziwiło mnie ogromnie. Nie dowierzałem własnym oczom. Zdjąłem
więc szkła, lecz wzrok mój mnie nie mylił. Oto ujrzałem córkę dyrektora
jeszywetu w towarzystwie mego przyjaciela Z., tego właśnie, który nas
golił. Gdy mnie ujrzeli, zbliżyli się witając. Powitanie nasze jednak było
takie, jakbyśmy się spotkali w piekle, wierząc, że za życia byliśmy
najcnotliwszymi ludźmi. Po porozumieniu się obiecaliśmy sobie, dla wspólnego
dobra, nasze spotkanie zostawić w tajemnicy. Zawstydzony siedziałem
w czasie seansu w pobliżu pięknej córki głowy jeszywetu. Śmiała się cały
czas trącając swego przyjaciela, istne żywe srebro i nawet pozwalała się
całować, gdy było ciemno. To całowanie się denerwowało mnie bardzo i nie
wiedziałem, gdzie mam patrzeć, czy na ekran, czy na całujących się obok. Ta
przyjaciółka z pierwszego seansu wyszła później za mąż za prawdziwego
rabina i dziś jest rabinową, a co jeszcze mi kolega powiedział w sekrecie o
niej, to nikomu już tego nie powiem…”.
Trzecia z córek rabi Szulewicza istotnie wyszła za rabina i
to nie byle jakiego. Mężem Ester Szulewicz został rabi Jechoszua Zlig Roch,
który podobnie jak rabin Gordon został roszjesziwą Łomża. Pozostał on w
Łomży aż do 1941 r., kiedy po wejściu Niemców wraz z pozostałymi studentami
przeniósł się Wilna. Historia głosi, że w Jom Kipur 1941 r. w okupowanym
przez Niemców Wilnie, ubrany w kitel i tałes udał się na modlitwę do synagogi.
Sprowokowani takim zachowaniem okupanci, skatowali rabina Rocha na miejscu.
Podobny los spotkał również jego małżonkę Esterę, rodzinę oraz większość
studentów jesziwy Łomża.
Z założenia jesziwa miała być miejscem, gdzie żydowska
młodzież zgłębia tajniki Talmudu i osiąga poziom doskonałości moralnej. Tak jak
w fabryce, nauka trwała przez 24 godziny na dobę. Studenci zmieniali się,
organizując „straże”, dzięki czemu w Beit Midraszu, zawsze ktoś odczytywał
kolejne karty Gemary.
W 1890 r. na skutek suszy, która nawiedziła Rosję, jesziwa
rabina Szulewicza znalazła się w głębokich finansowych tarapatach. Roszjesziwa,
nie mogąc znaleźć pieniędzy na spłatę długów oraz na bieżące utrzymanie
studentów, zdecydował się zamknąć szkołę. Napisał o tym do rabina
Myszkowskiego, Leiba Hasyda ze Stawisk. Rabin ze Stawisk niezwłocznie
przybył do Łomży, zaniepokojony listem jaki otrzymał. Po przyjeździe nie chciał
od razu rozmawiać o palących kwestiach finansowych, powołując się na
zdanie z Proroka Jeremiasza „Rano wydawaj sąd”. Obaj rabini zagłębili
się w świętych księgach i dopiero o północy rabi Leib zamknął księgę i
zaproponował spacer.
Propozycja dość niezwykła ze względu na późną porę i pozycję
czcigodnych rabinów. Bo też czy to przystoi, aby tak świętobliwi mężowie
przechadzali się po nocy po ciemnych ulicach? Ruszyli w spowite ciemnością
miasto. Ulice były puste, żywego ducha nie można było uświadczyć. Poszli wzdłuż
ulicy Senatorskiej w stronę Starego Rynku. Przy Beit Midraszu
stowarzyszeniu Chewra Szas, w którym nocami zbierali się pracujący w ciągu dnia
Żydzi, aby przynajmniej przez kilka godzin oddać się nauce, zatrzymali się
i spojrzeli w ciemne okna. Zazwyczaj w Chewra Szas nauka trwała do późna w
nocy. Zawsze trafiał się zagoniony handlarz czy tragarz, który dopiero
co skończył swoje obowiązki i postanowił jeszcze wstąpić na odrobinę Gemary.
O tej porze jednak, wszyscy już udali się do swoich domów. Szames pogasił
światła i zamknął drzwi. Tylko w głębi, na wschodniej ścianie paliła się
nieduża świeczka ner tamid. Dotarli do starego rynku pod fronton Wielkiej
Synagogi. W jej dwóch skrzydłach mieściły się dwa bractwa: z prawej Chewra
Tehilim a z lewej Chewra Kadisza. W Chewra Tehilim rabi Joel HaLewi
Herzog co wieczór prowadził wykłady z Talmudu. Pomimo, że rabin Herzog był
człowiekiem głęboko pochłoniętym materią swoich wykładów i co chwila wplatał
mniej lub bardziej związane z tematem dygresje i przypowieści,
zazwyczaj kończył przed północą. Synagoga wraz z przyległymi salami i Beit
Midraszami zasnęła, łącząc się we śnie z całą Łomżą. Dwóch nocnych piechurów
przeszło dalej ulicą Dworną, pod duży Beis Midrasz na Szkolnej. Ale tam,
podobnie jak w całym mieście, panowała cisza i ciemność. Studenci i ojcowie
rodzin pokończyli codzienną naukę, zostawiając Beit Midrasz we władaniu
nocnego wiatru, który uderzał niedomkniętymi okiennicami i przewracał rozsypane
strony wypadłe ze zniszczonego tomu. Na drugim piętrze w oknach głównego
rabina Łomży, rabina Malkila Tenenbauma ( znanego z wiedzy i oddania
społeczności), podobnie jak na dole, nie widać było światła.
Dochodziła już 2 w nocy i także on zakończył naukę, udając się na
zasłużony spoczynek. Kiedy zbliżali się na powrót do ulicy Senatorskiej, z dala
dobiegł ich cichy głos. Głos ten narastał, wypełniając ciemne ulice. Im
bardziej przybliżali się do budynku jesziwy, tym śpiew stawał się głośniejszy i
zanana melodia zapadała w uszy jedynych przechodniów pustego miasta. Plama
światła leżała na piachu wąskiej uliczki, tak jakby księżyc zwabiony śpiewem
postanowił przysiąść na krawężniku. Drgał nieznacznie kołysząc się w rytm
pieśni, która rozchodziła się po okolicy. W rozświetlonym wnętrzu jesziwy
studenci pełniący „straż” odczytywali kolejne wersy Gemary,
odtwarzając dyskusje babilońskich rabinów. Kiwając się nad pulpitami
zawodzili ich imiona i kwestie. Towarzyszyły im ich cienie, wybiegające przez
okno na łomżyńskie ulice oraz obecność dwóch wędrowców, zahipnotyzowanych
tym jedynym żyjącym domem w całym mieście. „I ty chcesz to zamknąć?”, przerwał
milczenie rabi Myszkowski. Tego samego dnia zwołali spotkanie mieszańców
Łomży i po burzliwych dyskusjach udało się zebrać potrzebną sumę na utrzymanie
jesziwy.
We wspomnieniach Urke Nachalnika widać inne oblicze życia
uczniów jesziwy. Nie jest ono już tak święte i tak zgodne z zasadami halachy i
zakazów rabinackich. Podobnie jak córka samego roszjesziwy, w sekrecie
uczęszczają do kina i teatru, chodzą na ciastka do „Turka”, gdzie
najprawdopodobniej zasady koszeru nie są ściśle przestrzegane.
Tworzą się nieformalne grupy, które w szabatowe wieczory spotykają się,
aby oddawać się zakazanemu przez Torę obrządkowi golenia, a nawet
palenia papierosów. Jednak na jeszybotników najwięcej pokus czeka ze
strony płci przeciwnej oraz wszelkich damsko-męskich relacji. Niektóre
fragmenty Gemary, które zbyt rozwodzą się w tej tematyce, były przez nauczycieli
cenzurowane i stanowią sekretną, zakazaną lekturę. Uczniom nie wolno było
spotykać się z żydowskimi dziewczętami, o nie żydowskich to już nawet
lepiej nie wspominać. Nie miało znaczenia czy był to wspólny spacer w
publicznym miejscu, czy HasWeSzalom sekretna schadzka nad rzeką. Przyłapanemu
mogły grozić surowe konsekwencje, z wydaleniem z jesziwy włącznie.
Czternastoletniego Icka Farbarowicza przyłapał pewnego razu,
szames jesziwy jak przechadzał się w towarzystwie córki piekarza, u którego
odbierał „dni”, czyli przypisane na określony dzień tygodnia posiłki.
Oczywiście został wezwany na dywanik do roszjesziwy. Relacje z tego spotkania
zamieścił w swoich wspomnieniach, dzięki czemu możemy mieć wgląd również w
ten aspekt życia łomżyńskiej jesziwy.
„Niestety, wystarczył
jeden moment spojrzenia, by się domyślić, że źle jest ze mną. Każdy wszak z nas
wiedział o tym, że gdy staje przed rosajszywą, a ten ma swe okulary
zsunięte na koniec nosa i rękoma targa się za brodę, a oczyma patrzy w jakąś książkę,
tak że widzi doskonale przybysza, a jeżeli jeszcze i mruczy, to zły
znak. Stałem kilka minut nie śmiejąc nawet oddychać. Stawiałem sobie
pytania, co to być może, a że grzechów miałem sporo, nie wiedziałem, o które
jestem podejrzany. Wreszcie podniósł głowę znad książki, którą się
zastawiał, maskując tym swoją obserwację, co dokładnie spostrzegłem. Począł mi
teraz patrzeć śmiało w oczy. Ja ze swej strony starałem się ten wzrok
wytrzymać, ale daremnie, miał wzrok taki przenikliwy, że oczy spuściłem. Widać
na to tylko czekał, zerwał się ze swego miejsca, ręce podniósł ku niebu,
jakby szukał tam pomocy; szeptał coś przy tym. Twarz jego, niedawno tak groźna,
stała się łagodną. Oczy były jakby zwilgotniałe od łez. Począł
znów patrzeć na mnie, lecz tak jakby mnie o coś błagał. Żal mi się go
zrobiło i już chciałem się rzucić do jego stóp i wyznać wszystko, co uważałem
za grzech, lecz on jakby wyczuł mój zamiar, kazał mi usiąść naprzeciw
siebie. Machinalnie rozkaz wypełniłem.
Tu prawą ręką począł sobie czoło nacierać,
jakby coś chciał sobie przypomnieć i niespodziewanie spytał:
— Wiele masz lat synu?
— Czternasty rok kończę na drugi miesiąc —
odpowiedziałem.
Pokiwał głową, jakby zwątpił w prawdziwość
moich słów, a następnie postawił mi pytanie już śmiało:
— W zeszłą sobotę wieczorem, po kolacji, gdzie
byłeś? ~
— Na spacerze, rebe.
— Czy sam spacerowałeś?
Przy tym pytaniu patrzył mi przenikliwie w
oczy..
— Niszt-ałejn — ledwie wykrztusiłem sylaby z
gardła.
— Wiem, synu, że nie sam! Więc kto był z tobą?
Na to pytanie zapłonąłem ze wstydu jak
pochodnia, w głowie poczęło mnie coś palić i ciążyć. Żebym mógł, chętnie bym
się w tym momencie zapadł pod ziemię. Ale cóż, trzeba odpowiedzieć,
przedstawiłem go sobie jako wszechwiedzącego, albowiem nie przyszło mi na myśl,
że temu wszystkiemu był winien szames. Wybełkotałem więc: „mit— am — ej —
duł”( z dziewczyną). I rzecz dziwna, zamiast spodziewanego przekleństwa i
kary, łagodnie pytał dalej:
— A co ona za jedna, może siostra?
Po tym pytaniu zacząłem z ulgą oddychać,
pragnąłem na to już odpowiedzieć: „tak”. Już otworzyłem usta, lecz zamiast
powiedzieć „tak”, powiedziałem „nie”.
— A więc synu kto to był, może któraś z
krewnych?
Znów opanowała mnie chęć, by dać odpowiedź
twierdzącą, lecz tę myśl od siebie oddaliłem i postanowiłem mówić prawdę nie
zważając na to, jaką dostanę karę. Zacząłem opowiadać mu całą historię.
Naturalnie, co uważałem za zbyteczne, pozostawiłem w ukryciu. Ale gdzie tam,
nic mi się nie udało skryć. Po półgodzinnym badaniu wiedział już tyle, co i ja,
a nawet więcej niż ja. Teraz począł mnie łagodnie upominać i strofować. Słowa
jego, chociaż upłynęło od tego czasu wiele lat, pamiętam doskonale:
— Czy ty wiesz, synu — zapytał — za co Adam,
rodzic nasz, został wygnany z raju i kto spowodował pierworodny grzech?
— Wiem, rebe, Ewa.
— Tak, synu, kobieta.
— Czy wiesz, synu, kto zdradził Samsona?
— Dałłyło, rebe.
— Tak, synu, kobieta— A wiesz, co za przyczyna
była do bratobójczej wojny Żydów, w której cały ród Beniamina prawie, że wygasł
i że znikł dwunasty szczep Izraela i że w tej bratobójczej wojnie zginęło z
obydwóch stron przeszło sześćdziesiąt tysięcy ludzi, najlepszy kwiat rycerstwa?
Nad odpowiedzią na to pytanie musiałem się
trochę namyśleć, póki sobie nie przypomniałem całego faktu z dwudziestego
rozdziału Sędziów.
– Tak, rebe, przez kobietę.
— A kto był przyczyną, że nasz mądry król
Salomon zgrzeszył przed Bogiem, czy nie kobieta?… Czy ty, synu, znasz księgi
Salomona, tego znawcy dusz kobiecych, czy wiesz, że Salomon trzymał aż tysiąc
żon po to tylko, by jak w laboratorium, przeprowadzać różne eksperymenty, ażeby
trafne orzeczenia o kobietach wystawić? „Synu mój — mówi Salomon — czy to jest
możliwe, żeby człowiek trzymał ogień na swoich kolanach i żeby ubranie jego się
nie zapaliło? Czy możliwe, żeby człowiek spacerował boso po żarzących się
węglach i sobie nóg nie poparzył?”. Tak, ten który się zadaje z kobietą,
ponosi złe skutki i bezkarnie to się nie obejdzie!
Nie będę opowiadał o tym wszystkim, co mi
naopowiadał, dając za przykłady opowiastki z Talmudu. Zaznaczę
jedynie, że po czterogodzinnej, przykrej dla mnie pogawędce, dałem mu rękę
„tkias-kaf”, że dopóki będę uczęszczał do tego jeszywetu, nie będę
spacerował z kobietami, a nawet będę się starał je omijać. Wyrażałem przy tym
swą zupełną skruchę. Za karę dał mi trzy „mis-merym”, tj. co drugi dzień
miałem całą noc nie spać i uczyć się w jeszywecie „szewet musser” (nauka o
strofowaniu i pokucie). Na tym się skończyła cała awantura i co prawda jakiś
czas trzymałem się tak, że córka piekarza płakała ciągle z tego powodu, żem
zupełnie od niej stronił.
Czyż mogłem przemawiać
do niej i powiedzieć jej przyczynę? Wszak parzyła mnie jeszcze ręka, którą
podałem, przez co przyrzekłem, że nawet mówić z tymi stworzeniami nie będę, za
które chociaż były bardzo pociągające, tak mnie prześladowano.”
Nie wiemy czy późniejszy Urke Nachalnik, wiernie oddał
przebieg spotkania u roszjesziwy, czy podobnie jak w innych miejscach, aby
zyskać czytelnika koloryzował rzeczywistość uwypuklając zacofanie swoich
żydowskich braci. Z drugiej jednak strony, w innych przekazach o rabinie
Szulewiczu, jawi się on, jako osoba stroniąca od kobiet i widząca w nich
zagrożenie dla studiów nad Torą. Dowodzą tego już choćby jego „miodowe” lata
zaraz po zaślubinach, które spędzał głównie w towarzystwie swojego kuzyna
w białostockiej jesziwie.
W jednej z opowieści, którą sam przytaczał swoim uczniom,
opowiadał jak któregoś razu podróżował wspólnie z rabim Simchą Zisel z Kelma.
Kiedy zbliżali się do jednego z niewielkich miasteczek, niewiasta
prowadząca karczmę wybiegła im na spotkanie wołając: „Rabini nadchodzą”. Było
to zapewne jeszcze zanim rabi Szulewicz założył jesziwę w Łomży, a rabi
Zisel, później zwany Alter z Kelm, jesziwę w Kelm. Jak widać ich sława już
rozeszła się po miasteczkach Litwy i powiatu łomżyńskiego.
Karczmarka zaprosiła obydwu do swojej gospody, gdzie
zastawiła przed nimi stół wszelkim dobrem jakie posiadała. Przyniosła różne
napitki i nie odstępowała gości ani o krok. Rabi Eiezar, gdy tylko
zasiadł, wyciągnął Gemarę i zagłębił się w jej treść nie zwracając uwagi na
gospodynię. Raw Zisel z uważną miną i pełnym zrozumieniem nasłuchiwał
opowieści swojej dobrodziejki. Słuchał jak żaliła się na ceny jaj i kur, jak
opowiadała o problemach ze zdrowiem swojej krowy, jak narzekała na
nieurodzaj, na brak dobrej mąki, na plagę myszy i kretów. Jak ubolewała na
sprzedawcę, który sprzedał jej zgniłe ziemniaki itd. Kiedy zakończyli posiłek i
próbowali uregulować należność stanowczo odmówiła: „Nie chcę nawet słuchać
o zapłacie. To, że mogłam posilić tak znamienitych mężów jest dla mnie większą
nagrodą niż jakakolwiek zapłata”, zakończyła dyskusję o pieniądzach. Gdy
ruszyli w dalszą drogę rabi Zisel zapytał: „Czy nie sądzisz, że popełniłeś grzech
kradzieży? Jadłeś i piłeś do syta a nie uiściłeś zapłaty.”
„Zaproponowaliśmy jej zapłatę, ale ona odmówiła”, skwitował rabi Eliezer. „To
prawda, ale zauważ ile przyjemności sprawiało jej narzekanie, i przez to
odebrała swoją należność. Ty jednak nie zwracałeś na nią żadnej uwagi, przez co
zjadłeś nie zapłaciwszy”. Rabi Szulewicz, kiedy przywoływał tę opowieść
zaznaczał, swoje przekonanie, że rabi Zisel słuchając karczmarki ani na
moment nie przestał rozmyślać nad sprawami Tory, a tylko swoim wyglądem
okazywał kobiecie zainteresowanie.
Niewielu jednak mogło równać się z Alter z Kelm, stąd też
swoim uczniom zalecał trzymanie się z dal od kobiet i wpełne zaangażowanie w
naukę. O ile niewiastom nie okazywał uwagi, o tyle o swoich uczniów
troszczył się jak o własne dzieci. Już z samej rozmowy z małym Ickiem widać, że
nie był to srogi nauczyciel, który przy pomocy rózgi wymuszał posłuch i
szacunek. Również, w odróżnieniu od swojego nauczyciela z Wołożyna, wiedział,
że student może czasem się zapomnieć i coś spoza tekstu Tory może przykuć
jego uwagę i oderwać od nauki. Chofec Chaim opowiadał jak którejś zimy wybrał
się z Radynia do Łomży. W czasie podróży rozpętała się śnieżyca, która
sprawiła, że do Łomży dotarł późną nocą. Nie chcąc nikogo budzić i wyciągać ze
snu, udał się prosto do jesziwy wiedząc, że tam wśród ksiąg i studentów
będzie mógł przeczekać do rana. To, że w Beit Midraszu znalazł sporą grupę
uczących się, nie zdziwiło go. Dobrze wiedział jak działają litewskie
jesziwy. Zaskoczył go natomiast śnieg, który pomimo późnej nocy został
pieczołowicie odgarnięty sprzed wejścia do jesziwy. Rano pogratulował szamesowi
oddania i pracowitości. Szames zdziwił się bardzo, że jego podejrzewają o
taki czyn. „Za żadne skarby w taką noc nie wyszedłbym spod mojej pierzyny”,
odparł z całą swoją szczerością i pokorą. Po krótkim śledztwie okazało
się, że to sam roszjesziwa, nie chcąc odrywać uczniów od nauki, w środku nocy
odgarnął śnieg z przed wejścia.
Gdy w drugiej połowie XIX w. Rabi Eleizer Szulewicz zakładał
jesziwę w Łomży, jego rówieśnicy w Ziemi Izraela zakładali na bagnach rzeki
Yarkon osiedle Petach Tikwa. Większość z nich wywodziła się z Litwy lub
studiowała w litewskich jesziwach, być może nawet w tym samym czasie, co Rabi
Eliezer. Na początku XX w. bagna zostały już osuszone i osiedle zaczęło
się rozrastać, stając się domem dla nowo przybyłych emigrantów. Tak jak tworzył
oddziały swojej uczelni w miasteczkach nieopodal Łomży, roszjesziwa z
Łomży otworzył też jej oddział w Ziemi Izraela, w Petach Tikwie. W 1922 r. wraz
z częścią swojej rodziny oraz ok. 40 studentami zrobił aliję i
zamieszkał w Petach Tikwie. Łomżyńska jesziwa w Petach Tikwie stała się
jedną z najznamienitszych w Izraelu, jak i na całym świecie i działa do dnia
dzisiejszego.
Po 1939 r. rabi Roch, pełniący w tym czasie obowiązki
roszjesziwa, podczas gdy jego szwagier rabi Gordon był w USA, gdzie prowadził
zbiórkę na jesziwy w Polsce i w Palestynie, przeniósł szkołę do Wilna. W
1941 r. Niemcy zajęli zarówno Łomżę jak i Wilno. Większość pozostałych w Polsce
nauczycieli wraz ze studentami została zamordowanych w czasie Zagłady.
Urke Nachalnik w 1939 r. mieszkał już wraz z żoną Sarą w
podwarszawskim Otwocku, w pensjonacie Rodonińskich przy Warszawskiej 37, tuż
obok synagogi Goldbergów. Gdy Niemcy po wejściu do miasta podpalili
synagogę, wraz ze swoim gospodarzem Gerszonem Rodonińskim wynieśli z płonącego
budynku zwoje Tory i zakopali je w pobliskim lesie. Zostali wskazani
Niemcom przez swoją polską sąsiadkę. 11 listopada 1939 r. zaprowadzono ich do
lasu w Śródborowie, kazano wykopać doły i rozstrzelano. Później ich
ciała ekshumowano i pochowano na cmentarzu w Anielinie.
Rabi Eliezer zmarł w Petach Tikwie w 1930 r., w chwili,
kiedy dzieło jego życia przeżywało największy rozkwit. W tym samym roku jego były
uczeń wyszedł z więzienia i opublikował swoją pierwszą książkę „Życiorys własny przestępcy”, książkę,
która zmieniła go z bandyty w literata. Dziewięć lat później, jak
przepowiedziała jego matka, poświęcił swoje życie Torze.
Tomek
Krakowski
/za jewish.org.pl/
A tu mozna dowiedziec sie wiecej o Nachalniku, czyli „twardym Żydzie”
http://www.focus.pl/historia/artykuly/zobacz/publikacje/ostre-pioro-twardego-zyda/nc/1/do-druku/1/