Gmina Wyznaniowa Żydowska w Poznaniu

Kehilat Poznań קהילת פוזנן

POZNAŃ, UL. STAWNA 10 י״ב בחשוון תשפ״ז 23 października 2026

„Most” Tajna operacja Mossadu w Polsce

Tajny Exodus 20 lat temu zakończyła się w Polsce największa operacja w
historii służb specjalnych

Lato 1990 r. Na warszawskim Dworcu Gdańskim
pasażerowie ze zdumieniem przyglądają się grupie podróżnych, którzy opuścili
pociąg Moskwa–Paryż. To około setki osób w różnym wieku, od dzieci po
80-letnie staruszki. Mają ze sobą wielkie worki, uszyte z ciemnozielonego
płótna, tak ciężkie, że nie dają rady ich nieść. 

Ciągną je więc po podłodze
dworca, rozglądając się niepewnie wokoło. Nagle do grupy podchodzi dwóch
szczupłych, elegancko ubranych mężczyzn. Wszyscy skupiają się wokół nich. Po
kilku minutach cała setka ludzi siedzi już w stojących pod dworcem
autokarach, eskortowanych przez policyjne radiowozy. Konwój rusza do ściśle
strzeżonego miejsca na warszawskim Mokotowie.

Mieszkający dziś w Izraelu Izaak
Goldberg był jednym z ponad 40 tys. żydowskich emigrantów, którzy – przez
Polskę – wyemigrowali z upadającego ZSRR w ramach trwającej ponad 2
lata tajnej akcji o kryptonimie „Most”. Dzięki jego relacji wiemy, jak
w praktyce wyglądała ta operacja i co czuli emigranci.

A była to największa do dzisiaj akcja 
w historii służb specjalnych.

Upadające imperium

Latem 1988 r. premier Izraela Icchak Szamir
otrzymał raport wywiadu, z którego wynikało, że kłopoty gospodarcze ZSRR
mogą doprowadzić do szybkiego rozpadu sowieckiego imperium. Scenariusz mógł być
krwawy i szczególnie niebezpieczny dla Żydów zamieszkujących Rosję,
Ukrainę czy Białoruś. Mossad ostrzegał, że nastroje antysemickie w ZSRR
rosną. Żydów oskarżało się tam o spowodowanie kłopotów gospodarczych i o udział
we wprowadzeniu sankcji ekonomicznych, którymi Moskwa została obłożona po
inwazji na Afganistan w 1980 r.

ZSRR pod koniec lat 80. zamieszkiwało około
1,7 mln osób pochodzenia żydowskiego. Gdyby prognozy wywiadu spełniły się,
ludziom tym groził pogrom na niespotykaną dotąd skalę. Do tego Szamir nie
chciał dopuścić. W ciągu kolejnych miesięcy przy wsparciu USA zorganizował
ofensywę dyplomatyczną. Jej celem było skłonienie przywódcy ZSRR Michaiła
Gorbaczowa do zgody na masową emigrację radzieckich Żydów do Izraela. W rewanżu
miały być złagodzone sankcje gospodarcze i udzielone korzystne kredyty
dewizowe, których upadająca gospodarka imperium potrzebowała jak powietrza.
Gorbaczow zgodził się, stawiając warunek, że majątek pozostawiony przez
emigrantów przejdzie na własność komunistycznego państwa i nie będą oni
w przyszłości rościć do niego pretensji.

Pozostawał jednak poważny problem.
Emigracja do Izraela musiała odbywać się drogą lotniczą, a samoloty
wiozące Żydów stanowiły doskonały cel dla arabskich organizacji terrorystycznych.
Nie było tajemnicą, że terroryści mieli bliskie kontakty z sowieckimi
służbami specjalnymi. Uniknięcie przecieku i zabezpieczenie lotnisk, by
nie doszło do zamachu, graniczyło z cudem. Trzeba było poszukać kraju
tranzytowego, w którym bezpiecznie mogłyby lądować i startować
izraelskie jumbo jety.

Strzały w Bejrucie

Początkowo emigracja Żydów z ZSRR do
Izraela odbywała się przez Wiedeń. Jednak ruch okazał się tam zbyt duży, by
prowadzić masową i bezpieczną ewakuację. Potrzebowano lotniska specjalnie
przygotowanego do takiego celu. Węgrzy odmówili z obawy przed odwetem ze
strony arabskich organizacji terrorystycznych. Na przeprowadzenie akcji nie
zgodziła się też Rumunia. Tymczasem w Polsce we wrześniu 1989 r. powstał
pierwszy niekomunistyczny rząd Tadeusza Mazowieckiego. Do niego właśnie władze
Izraela postanowiły zwrócić się z prośbą o pomoc.

Pod koniec 1989 r. do 46-letniego majora
Jerzego Dziewulskiego, szefa jednostki antyterrorystycznej na warszawskim
Okęciu, zaczęły docierać informacje, że szykuje się wielka operacja. Ostateczne
potwierdzenie nadeszło 26 marca 1990 r., miesiąc po ponownym nawiązaniu
stosunków dyplomatycznych między Polską a Izraelem (po 23 latach przerwy).
Tego dnia premier Mazowiecki w czasie wizyty w USA spotkał się
z przedstawicielami Amerykańskiego Kongresu Żydów w nowojorskim
hotelu „Plaza” i obiecał, że Polska nie uchyli się od pomocy emigrantom
z ZSRR i zapewni im tranzyt. Informacja, która przedostała się do
światowych serwisów, wywołała błyskawiczną reakcję arabskich organizacji
terrorystycznych.

Cztery dni po oświadczeniu Mazowieckiego,
30 marca 1990 r., attaché handlowy polskiej ambasady w Libanie Bogdan
Serkis wsiadał z żoną do samochodu przed biurem radcy handlowego
w zachodnim Bejrucie, gdy kilku zamaskowanych napastników otworzyło do
nich ogień z kałasznikowów. Polacy zostali ciężko ranni. Do zamachu
przyznała się nieznana wcześniej grupa Organizacja Akcji Rewolucyjnej. Dwa dni
później inna grupa – Islamski Front Militarny – zapowiedziała następne ataki na
polskich dyplomatów i biura LOT, jeśli Polska nie wycofa się
z obietnic złożonych Żydom.

Zaniepokojony taką perspektywą minister
spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski wezwał na rozmowę oficera wywiadu
odpowiedzialnego za bezpieczeństwo polskich placówek dyplomatycznych. Był to
Sławomir Petelicki. 44-letni podpułkownik przedstawił mi-
nistrowi szczegółowy projekt
powołania jednostki specjalnej, którym bezskutecznie próbował zainteresować
poprzednich szefów. Miała być wzorowana na brytyjskim SAS oraz amerykańskiej
Delta Force i służyć do ewentualnego odbijania zajętych przez terrorystów
ambasad. Spotkanie to stało się impulsem do stworzenia jednostki GROM. Do
rozwiązania pozostał jednak drugi problem: jak zapewnić bezpieczeństwo
żydowskim emigrantom docierającym do Polski?

Wrogowie pracują razem

W kwietniu 1990 r. do Warszawy
przyjechało dwóch oficerów Mossadu w stopniu pułkowników. Obydwaj urodzili
się i wychowali w Polsce, świetnie znali więc język i zwyczaje
kraju. Przywieźli informacje na temat ugrupowań terrorystycznych
i zagranicznych agentur, które mogłyby zagrozić planowanej operacji
„Most”. Ze strony polskiej na ich partnerów wyznaczono oficerów Wydziału IV
Departamentu II MSW, zajmującego się… zwalczaniem szpiegostwa izraelskiego
i arabskiego. Niedawni wrogowie usiedli do wspólnych rozmów, by ustalić
szczegóły akcji.

Pierwszą sprawą było wyeliminowanie
zagrożenia ze strony arabskich organizacji terrorystycznych w Polsce:
Hezbollahu i Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. Ich przedstawiciele
działali tu przez długi czas nie niepokojeni przez nikogo. Dopiero pod koniec
lat 80. pod naciskiem USA ówczesny rząd PRL zaczął powoli usuwać z Polski
osoby z „czarnej listy” CIA. Zamknięte zostały wówczas m.in. arabskie
firmy w Poznaniu i Aninie pod Warszawą, podejrzane o sprzedaż
broni organizacjom terrorystycznym. Wciąż jednak wielu Palestyńczyków
mieszkających w Polsce miało doskonałe źródła informacji w polskich
instytucjach rządowych (i to na wysokich szczeblach).

Kolejny problem stanowili prowadzący
działalność szpiegowską pracownicy ambasad takich krajów jak Syria czy Iran.
Według informacji Mossadu byli bardzo zainteresowani zdobyciem informacji na
temat zabezpieczenia operacji „Most”, a status dyplomatyczny uniemożliwiał
ich aresztowanie oraz deportację.

Dlatego w czasie rozmów ustalono, że
najważniejszym zadaniem jest zabezpieczenie operacji w taki sposób, by
żadna docierająca do Polski grupa Żydów nie pozostała bez fizycznej ochrony.
A także, by żadna niepowołana osoba nie mogła zbliżyć się do lądujących na
Okęciu samolotów El Al na odległość mniejszą niż ustalona strefa
bezpieczeństwa.

Aby utrzymać operację w tajemnicy,
zostały „wyciszone” wszystkie publikacje prasowe na jej temat, które pojawiły
się po wizycie premiera Mazowieckiego w USA. Jednocześ-
nie ambasada Izraela w Warszawie
otrzymała zgodę na rekrutację grupy młodych ludzi i przeszkolenie ich
według antyterrorystycznych procedur linii El Al, by mogli prowadzić odprawy
emigrantów zarówno w Polsce, jak i w ZSRR. Dowódcą odpowiedzialnym
za fizyczne zabezpieczenie „Mostu” został major Dziewulski

Snajperzy na kandelabrach

Pięć miesięcy po rozpoczęciu operacji,
latem 1990 r., rozpoczął się exodus Żydów z ZSRR. Setki emigrantów
docierały do Warszawy każdego dnia. Wśród nich był Izaak Goldberg. Pamięta, jak
pod Dworcem Gdańskim wszedł razem z innymi do autobusu, w którym
siedział uzbrojony, ale ubrany po cywilnemu antyterrorysta. Konwój dotarł do
dużego, szarego hotelu. Mieszkało już w nim kilkuset innych emigrantów,
którzy dotarli do Warszawy wcześniej.

„Mówiliśmy o sobie »olim«, po
hebrajsku »emigrant« – mówi Izaak. – To był cały przekrój społeczeństwa: od
inteligencji z Moskwy i Petersburga po najbiedniejszych Żydów ze wsi.
Dowiedzieli się o możliwości emigracji od działającej w ZSRR
izraelskiej organizacji Sochnut, ale byli zdezorientowani i przerażeni.
Większość ich bagażu stanowiła żywność, w tym słoje ze słoniną,
zakonserwowaną na rosyjski sposób. Trudno opisać, co się czuło [jaki odór –
przyp. red.], kiedy otwierali swoje worki” – wspomina.

Oprócz żywności emigranci wieźli wiele
starych, bezużytecznych przedmiotów – jedynych rzeczy, które pozwolono im
zabrać z ZSRR. „Jakaś babcia targała 
z 
sobą stołek z trzema nogami – mówi Izaak. 
– Kiedy tłumaczyliśmy jej, żeby go zostawiła, bo
w Izraelu będzie miała lepsze, powiedziała, że albo pojedzie z nim,
albo wcale. Okazało się, że dostała ten stołek od swojej matki w 1940 r.
i była to jej jedyna pamiątka po niej”.

W hotelu, wynajętym przez Mossad od
polskiego MSW, emigranci czekali na izraelskie czartery, które miały ich zabrać
do Tel Awiwu. Samoloty lądowały nieregularnie 
– czasami co sześć godzin, czasem co 2 dni. Zwykle
późnym wieczorem.

„O przylocie dowiadywaliśmy się, gdy
przychodził do nas oficer Mossadu i polskie stewardesy – mówi Goldberg. –
To oni dokonywali odpraw, bezpośrednio w hotelu: nie było przy tym żadnych
celników ani straży granicznej. Podstawą do wyjazdu były 
tzw. białe książeczki, wydawane przez
Sochnut. Kiedy zrobiono listę pasażerów na nasz lot – było to ok. 200 osób –
stewardesy wydały nam karty wstępu na pokład, a następnie wszyscy
opuściliśmy hotel i weszliśmy do podstawionych pod nim autobusów”.

Było już ciemno, kiedy konwój eskortowany
przez policyjne radiowozy docierał do zamkniętego na ten czas krajowego portu
lotniczego. „Z autobusu wchodziliśmy do hali, gdzie pracownicy
LOT-u liczyli pasażerów według listy i prowadzili od razu do
samolotu” – mówi Izaak.

Potężne jumbo jety El Al-u stały
z boku pasa startowego, w otoczeniu innych maszyn. Pod samolotem
widać było zaparkowany transporter opancerzony jednostki antyterrorystycznej.
Dwa inne jeździły po drodze kołowania oraz po drogach patrolowych
lotniska. Na kandelabrach, oświetlających miejsce postojowe maszyn, siedzieli
strzelcy wyborowi.

„Kiedy nasz samolot startował, od strony jednego
ze skrzydeł eskortował go polski śmigłowiec wojskowy – dodaje Izaak. –
Dowiedziałem się później, że jego zadaniem było przyjęcie na siebie uderzenia,
gdyby w tym czasie ktoś próbował wystrzelić w nas rakietę”.

Baza Warszawa

Takie sceny, jak opisana przez Izaaka,
odbywały się na Okęciu każdej nocy przez dwa i pół roku. Przez ten czas
z Warszawy do Izraela wyemigrowało 42 tys. radzieckich Żydów. Mimo to
operację „Most” udało się utrzymać w tajemnicy. Oficjalnie zakończyła się
jesienią 1992 r. Nieoficjalnie – Polacy nadal brali w niej udział, ale już
poza granicami kraju.

Piotr (imię zmienione) był jednym
z siedmiu wybrańców, którzy przeszli przez sito egzaminów kwalifikujących
do odpraw pasażerów w izraelskich liniach El Al. Obowiązują tam specjalne
procedury i techniki, których zadaniem jest wychwycenie potencjalnych
terrorystów, zamachowców, ukrytych w bagażach bomb lub osób wykorzystanych
do przewiezienia ładunków wybuchowych.

„Najpierw przez cztery miesiące sprawdzali
mnie – mówi. – Potem musiałem zdać wielogodzinne egzaminy i odbyć praktyki
na lotnisku Ben Gurion w Tel Awiwie. Dopiero wtedy mogłem rozpocząć pracę
na Okęciu. Tam 3–4 razy w roku ćwiczyliśmy z jednostką
antyterrorystyczną odpieranie ataków i ochronę pasażerów, zarówno
w czasie lotu, jak i na »gejcie« oraz różnych poziomach hali.
Ćwiczenia zawsze były po godzinie 22, a terminal na ten czas zamykano”.

Po zakończeniu operacji „Most”
w Polsce grupa Piotra była wykorzystywana jeszcze przez kilka lat do
prowadzenia odpraw emigrantów odlatujących do Izraela z lotnisk w b.
ZSRR. „Lataliśmy do Moskwy, Sankt Petersburga, Kijowa, Odessy, Symferopola,
Dniepropietrowska, Mińska, Homla czy Tbilisi – wylicza Piotr, dziś właściciel
dobrze prosperującej firmy. – Bywało, że w czasie jednego takiego wyjazdu
odprawialiśmy 
i 12 jumbo
jetów. Izraelczycy mówili na nas »Baza Warszawa«, bo tylko my mieliśmy prawo
odprawiać loty z żydowskimi emigrantami, które odbywały się za wschodnią
granicą Polski. Warszawa była zresztą pierwszą stacją El Al-u, w której do
odprawy pasażerów zdecydowano się zatrudnić nie-Żydów”.

Zakończona 20 lat temu operacja „Most”
symbolizowała zerwanie z zależnością polskich służb od Związku
Radzieckiego. Od niej też rozpoczęła się bliska współpraca polskiego wywiadu
z wywiadami zachodnimi. Dzięki niej polskie jednostki specjalne zdobyły
dostęp do najnowszych technik (a także sprzętu) zabezpieczających przed
atakami terrorystycznymi, które wykorzystywane są do dziś. I chociaż
uczestnicy operacji nadal nie mogą ujawnić wszystkiego na jej temat, zgodnie
powtarzają: „Poza Polską nie ma na świecie kraju, który by czegoś takiego
dokonał”.

To była najtrudniejsza operacja w moim
życiu

Dlaczego do
przeprowadzenia operacji „Most” izraelski wywiad wybrał Polskę?

Też ich spytałem: „Dlaczego
akurat tu?”. W odpowiedzi usłyszałem, że Polska była z punktu
widzenia tej operacji najmniej prawdopodobna. U nas ten antysemicki trend,
istniejący od dziesiątków lat, był wciąż widoczny. Najciemniej było więc pod
latarnią.

Poza tym w rezultacie swojej wizyty
oficerowie z Mossadu stwierdzili, że od strony antyterrorystycznej
jesteśmy dobrze przygotowani i jesteśmy w stanie taką akcję zabezpieczyć.
Takiej jednostki jak nasza, istniejąca od 1977 r., nie miał wtedy nikt, nawet
ZSRR. Do tego mieliśmy doświadczenie – uprowadzenia samolotów, zamachy –
w latach 80. było to u nas na porządku dziennym.

Miałem przy sobie cały czas Davida, oficera
Mossadu, niezwykle sprawnego, który później został mianowany szefem
izraelskiego wywiadu na całą Europę Wschodnią. Planowaliśmy wszystko razem
i on akceptował moją część operacji.

Wywiad palestyński,
a zapewne także służby innych krajów arabskich próbowały zdobyć informacje
na temat planowanej operacji. Mieliście tego przykłady?

Palestyńczycy i ich
sojusznicy mieli w Polsce bardzo dokładne rozpoznanie i doskonale
wiedzieli, co jest grane. Do końca operacji „Most” bardzo się starali, by
zdobywać szczegółową wiedzę na ten temat. Zwłaszcza Syryjczycy, których
ambasada przekraczała wszystkie dopuszczalne normy. Podjeżdżali w miejsca,
gdzie nikomu nie wolno było przebywać. Wiedzieli, że jeśli wysiądą, zostaną
zatrzymani. Filmowali więc z samochodu z dyplomatyczną rejestracją.
Chociaż oczywiście w okolice tras transportu Żydów w ogóle ich nie
dopuszczaliśmy

Jeden z moich ludzi dostał od nich
propozycję finansową – kilka tysięcy dolarów – za informację o operacji.
Kiedy przylatują, na którym stanowisku będzie samolot, jaka grupa ludzi.
Przekazaliśmy sprawę do Urzędu Ochrony Państwa i podjęliśmy grę, ale
zakończyliśmy szybko ten temat. Chodziło przede wszystkim o bezpieczeństwo
ludzi i nie chcieliśmy ryzykować żadnej zadymy, która mogłaby wyniknąć z podwójnej
gry.

Jak zaczęła się operacja?

Zaczęło się od tego, że
rosyjscy Żydzi rzucili się tłumnie do rosyjskiego MSZ o zezwolenia na
wyjazd. Dostawali je tysiącami. Mówiłem „mojemu” oficerowi Mossadu: „Może
byście nawiązali kontakt z Rosjanami? Dowiedzieli się, jakie są ich plany,
jak próbują to zorganizować?”. Odpowiedział mi: „Żadnej rozmowy z nimi nie
ma. Ich interesuje tylko jedna rzecz: dokument wyjazdu, czyli paszport
w jedną stronę. Chcesz – wyjeżdżaj. To jak ci ludzie mają dotrzeć do
Izraela, kompletnie ich nie obchodzi”.

Więc przyjeżdżali do Polski, na Dworzec
Gdański, radzieckimi pociągami, kursującymi na trasach międzynarodowych. Ale to
nie były zorganizowane grupy. Przedstawiciele Izraela w Polsce na początku
wiedzieli o nich tylko tyle, że przyjeżdżają. Czasem znali też jakieś
nazwiska.

I wtedy nagle okazywało się, że na
terenie Dworca Gdańskiego jest grupa 100–200 osób, które trzeba natychmiast
przewieźć na Okęcie. Kompletny kanał. Wiedziałem, że dopóki to, co się dzieje,
pozostaje tajemnicą publiczną, ryzyko jest niewielkie. Ale lada moment wszyscy
będą o tym mówili i będziemy mieli kłopot. I rzeczywiście –
Żydzi szybko zabrali się za organizowanie tych grup. Widocznie jakimiś kanałami
dyplomatycznymi Rosjanie zaczęli przekazywać im informacje. W rezultacie
ambasada Izraela w Moskwie zaczęła dostawać wykazy ludzi, którzy dostali
paszporty, zgłosili gotowość wyjazdu, i następnie przekazywała je do nas.

Ale to nie rozwiązywało wszystkich
problemów. Niektórzy z tych emigrantów autobusami docierali do Terespola
i tu przesiadali się do polskich pociągów. Z tym trzeba było
skończyć. Raz, że niosło to z sobą śmiertelne ryzyko, a dwa, że czegoś
takiego nie sposób zabezpieczyć.

Kiedy do Polski zaczęło
napływać naprawdę dużo emigrantów?

Pierwsze przyjazdy,
o których wiedzieliśmy, ale jeszcze niezorganizowane, zaczęły się
w maju 
1990 roku. Mossad
poprzez podstawioną firmę cywilną wynajął dla nich duży budynek, niedaleko
dzisiejszej Galerii Mokotów w Warszawie. Później doszedł do tego jeszcze
jeden obiekt: hotel Legii na Bemowie. W tych miejscach Żydzi byli
kwaterowani w oczekiwaniu na przylot samolotu. Jednorazowo przebywało tam
nawet do 300 osób. Nikomu z emigrantów nie wolno było opuszczać budynków.

Powoli się to regulowało. Coraz częściej
emigranci zaczynali też docierać do Warszawy samolotami rejsowymi, co znacznie
ułatwiało zabezpieczenie grupy. Do końca nie udało się całkowicie wyeliminować
pociągów, ale ich zabezpieczenie było o tyle łatwiejsze, że kiedy
emigranci docierali na Dworzec Gdański, to autobusy, policja, oficerowie
wywiadu izraelskiego już tam na nich czekali.

Jak było zabezpieczone
lotnisko?

 Boeing, który lądował, był od
razu konwojowany przez nas do wyznaczonego miejsca postoju. Dostawaliśmy
oczywiście informacje, że na linii podejścia samolotu stoją jacyś ludzie
z placówek dyplomatycznych i obserwują lądowanie maszyn. Ale to była
sprawa dla wywiadu. Nas interesowało przede wszystkim, żeby nie doszło do ataku
terrorystycznego.

Zamykaliśmy więc drogi kołowania, nie wolno
było zbliżać się do samolotu. Maszyna stała w miejscu, które sami
wyznaczyliśmy. W otoczeniu innych samolotów, żeby nie była wystawiona na
ostrzał. Od momentu lądowania boeing był otoczony przez moich ludzi
i pilnowany bezpośrednio przez oficerów wywiadu izraelskiego z jednostki
specjalnej Matkal.

Antyterroryści z bronią znajdowali się
też na wieży kontroli lotów, kiedy samolot podchodził do lądowania. Płotu
i wyjść pilnowali zwykli policjanci. Nikt nie mógł zbliżyć się do płyty
lotniska na odległość poniżej 150 metrów. I tak noc w noc.

Czy były jakiekolwiek
próby zamachów na emigrantów w czasie trwania operacji „Most”?

 W jej trakcie nie wydarzyło się nic, co mogło
zagrozić bezpieczeństwu ludzi. Żadne zamachy ani próby na Okęciu czy na trasach
konwojów. Kontrwywiad posiadał oczywiście informacje o osobach, które były
potwornie zainteresowane operacją. Ale potencjalni terroryści doskonale
wiedzieli, że aby dokonać zamachu, musieliby się naprawdę skonfrontować
z moimi ludźmi. Przeprowadzenie jakiejkolwiek akcji było w takich warunkach
niebywale trudne i ten pierścień zabezpieczający nigdy nie został
przerwany.

Moi ludzie doskonale wiedzieli, że sukces
tej akcji to „być albo nie być”, jeśli chodzi o prestiż Polski. Podjęcie
decyzji o operacji „Most” było sprawą polityczną. Ale później była to już
wyłącznie sprawa techniczna. Nam chodziło o to, żeby nie dać plamy. Gdyby
do czegoś doszło, wszyscy by mówili: „No tak, Polacy wzięli się za taką trudną
operację, bo im Żydzi płacili, i zobaczcie…”.

Dlatego byliśmy naprawdę zmotywowani
w najwyższym stopniu. Byłem pełen podziwu dla tych, którzy noc w noc
brali udział w tej operacji. Ponad 2 lata kompletnie wyjęte z życia.
Dzięki temu byliśmy jednak niesamowicie dograni. Niektóre loty były nieplanowane,
ale wystarczyło tylko hasło – informacja, że samolot ląduje np. o 19 
– i każdy orientował się, co ma
robić. Żydzi z Mossadu wiedzieli o tym i pod koniec okazywali
nam bardzo dużo zaufania. Pracowaliśmy zresztą według ich systemu. Dla mnie
była to najlepsza szkoła.

Z punktu widzenia taktycznego była to
najtrudniejsza operacja w moim życiu. W historii świata nie ma
zresztą przykładu drugiego takiego, legalnego i zorganizowanego przerzutu
dziesiątków tysięcy ludzi z określonej grupy etnicznej do innego państwa,
oddalonego o tysiące kilometrów.

/zrodło: Fokus Historia/