„To, co robia Żydzi, nazywa się cedaka, od sprawiedliwosci (cedek) i prawa, które jest wykonywane dla prawdy, ponieważ u Żydów cedakę daje się prawdziwie i sprawiedliwie, bo zródłem cedaki jest prawo (…). Nie jest tak u innych narodów, gdzie nie nazywa się tego cedaka, co oznacza sprawiedliwosć, ale chesed, co odnosi się do rzeczy, której nie ma się obowiazku czynić i nie jest to kwestia sprawiedliwosci, a jesli tak się czyni, to tylko dla siebie samego i przyjemnosci i dlatego to, co u Żydów jest cedak± od słowa cedek, u innych narodów nazywa się chesed.” „Chiduszej Agadaot” – Maharal
Nasze warsztaty antydyskryminacyjne, które prowadzimy wspólnie z Pawłem Kwietniem z ramienia Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita, nie ograniczaj± się jedynie do problematyki dyskryminacyjnej na poziomie narodowo¶ciowym i etnicznym. Czę¶ć lekcji bowiem po¶więcona jest społecznemu wykluczeniu i solidaryzmowi społecznemu, który stanowi podstawę demokracji. Kiedy pytam dzieci, czy zetknęły się z ludżmi żebrz±cymi i z przejawami dyskryminacji ludzi ubogich, przypominaj± sobie kloszardów, ale przede wszystkim Romów w autobusach i tramwajach warszawskich.
Uczniowie dziel± się swoimi uprzedzeniami:
„Oni zarabiaj± więcej niż gdyby pracowali! Oszukuj±! Pieni±dze id± na wódkę, albo trafiaj± w ręce mafii. Rano mercedesem ich rozwoż± po ulicach, żeby żebrali. Nie należy im dawać pieniędzy, bo ich nie potrzebuj±. Jak się im da kanapkę, to jš wyrzucajš. Zależy im tylko na pienišdzach. Przepijajš wszystko!”
Mówię wtedy głono: czy te Wasze zastrzeżenia nie sš czasem wygodnš wymówkš, żeby nie wspierać potrzebujšcych, nie pomagać im, ale żeby to zaniedbanie nie weszło w kolizję z sumieniem? Czy te obserwacje i przekonania nie majš upić wyrzutów sumienia? Czy jeli jednostka choruje, to nie jest to objaw choroby całej społecznoci?
Tak mówię, ale mylę trochę inaczej. Mylę, że chyba wszyscy ci uczniowie majš katechezę, a na niej chyba majš zajęcia pod tytułem: „modlitwa, post, jałmużna”…
„Modlitwa i post sš dziełami człowieka kierowanymi „do wewnštrz”, budujš one człowieka i przygotowujš na spotkanie z Bogiem. Jałmużna natomiast jest ich wynikiem, emanacjš tego dobra, które dzięki dwóm pierwszym dziełom nagromadziło się w człowieku. Jest jakby papierkiem lakmusowym, który sprawdza, czy na pewno dobrze się modliłem i dobrze pociłem. O ile modlitwa i post, obok otwarcia na Boga, otwierajš nas na nasze własne wnętrze i potrzeby, o tyle jałmużna otwiera na potrzeby drugiego człowieka. Podobnie jak w wypadku pozostałych wielkopostnych praktyk, Kazanie na Górze poucza – nie dawaj jałmużny głono, broń się przed ostentacjš i teatralnociš! Mówi: zrób to w ukryciu – tak, żeby „twoja lewa ręka nie widziała, co robi prawa” (por. Mt, 6-3), dawaj jałmużnę odruchowo, niech będzie ona dla ciebie tak oczywista i codzienna, że aż niezauważona, niech będzie jak szczotkowanie zębów rano i wieczorem! Ale z drugiej strony niech to będzie wiadomy akt czynienia dobra.W jałmużnie nie chodzi tylko o dawanie pieniędzy. Sš ludzie, którzy nigdy w życiu ich nikomu nie dali, a mimo to sš wielkimi jałmużnikami, bo jałmużna to co więcej niż wsparcie materialne. Nie wystarczy tutaj uspokojenie sumienia takš czy innš darowiznš. Nie chodzi tylko o wieczkę Caritasu albo złotówkę na Wielkš Orkiestrę wištecznej Pomocy. Często ważniejsze jest danie drugiemu człowiekowi swojego czasu, powięcenie mu chwili uwagi, spojrzenie w oczy, podniesienie jego godnoci.
Nasza jałmużna może być włanie jałmużnš z czasu. Trochę mniej się wypimy, trochę krócej poczytamy gazety, za to wysłuchamy cierpliwie, co ma do powiedzenia nasz gderliwy sšsiad, porozmawiamy z dzieckiem, zadzwonimy do krewnych. Mam wrażenie, że dzisiaj takie ofiarowanie własnego czasu drugiemu człowiekowi jest ogromnie ważne. Żyjemy w sposób tak samotny, bo po prostu nie dajemy sobie okazji, by zwyczajnie razem pobyć.”
I wówczas zaczynam mieć wštpliwoci, czy na zajęciach antydyskryminacyjnych aby na pewno mam wyręczać księży katechetów? Czy wypada? Może jeszcze tego „nie przerabiali”?
Potem wyjmuję z kieszeni garć drobnych brzęczšcych monet i mówię, że mam je zawsze pod rękš, na wypadek, gdybym spotkał żebrzšcego. Taki pienišżek wręczony potrzebujšcemu nosi nazwę cedaki. Mówię im to, co usłyszałem podczas jesziwy YAKAR, na której miałem przyjemnoć być w tym roku w Jerozolimie. Dla Żydów dobroczynnoć nie jest tylko odruchem serca czy sumienia, albo dobrej woli. Stanowi nakaz etyczny. Owszem, najlepiej, gdy te odruchy wczeniej wymienione owemu nakazowi towarzyszš, ale nie muszš. Dlaczego? Bo dobroczynnoć musi być realizowana wtedy, gdy jest potrzebna, a nie wtedy, gdy mamy na to ochotę. Nie ma to wiele wspólnego z detektywistycznš orientacjš, kto jest oszustem, a kto naprawdę potrzebuje pomocy. Kto wyda te grosiki na jedzenie, a kto na piwo. Danie wsparcia realizuje się bez wahania. Oczywicie, tkwi za tym cały rozbudowany system wsparcia. Ale obcym też się należy, choćby symbolicznie. Nie muszš być jakkolwiek spowinowaceni. To wsparcie trzeba dawać zawsze, niezależnie od kalendarza i zasobnoci własnej kieszeni. Nie ma wymówek.
To może być wsparcie finansowe, ale równie dobrze dobre słowo. O tym mówię uczniom. Przecież nie zarabiajš, nie stać ich na datki. Mogš wszakże zajšć się działalnociš filantropijnš w inny sposób: np. jako wolontariusze hospicyjni, czy pomagajšc osobom w podeszłym wieku nieć zakupy ze sklepu do domu…
W ten sposób przeciwdziałamy społecznemu wykluczeniu i wspólnie ponosimy ciężar życia w społecznoci. Pomagamy sobie wzajemnie. Zaniechanie pomocy, zaniedbanie w tym względzie to też forma dyskryminacji.
Pojawiajš się pytania: dlaczego dzieci nie znajš przytoczonego przeze mnie urywka? Dlaczego znajš tylko liczne slogany majšce pokazać żebrzšcych jako spryciarzy i pijaków, którym pomoc się nie należy, bo zostanie zmarnotrawiona?
Dlaczego warsztaty antydyskryminacyjne w warszawskich gimnazjach nieuchronnie przeradzajš się w lekcje etyki?
Przemysław Wiszniewski Warszawa, 4 listopada 2010.
/za: the 614 commandment/