Gmina Wyznaniowa Żydowska w Poznaniu

Kehilat Poznań קהילת פוזנן

POZNAŃ, UL. STAWNA 10 י״ב בחשוון תשפ״ז 23 października 2026

PORTRECISTA

Książka
Anny Dobrowolskiej jest zainspirowana filmem dokumentalnym „Portrecista”,
którego bohaterem był polski fotograf, więzień obozu koncentracyjnego w
Oświęcimiu Brzezince, zmarły w ubr. Wilhelm Brasse.
W będącym uzupełnieniem filmu bogato ilustrowanym zdjęciami Brasse albumie
zamieszczono relacje fotografa przedstawiającą koszmar życia obozowego i pracy,
którą musiał wykonywać w Auschwitz.

ŻYCIORYS WILHELMA BRASSE

Urodził się jako wnuk austriackiego kolonisty Alberta Karola
Brasse, pochodzącego z Alzacji, pracującego jako ogrodnik u właścicieli browaru
w Żywcu (Habsburgów). Matka Brassego była Polką, a ojciec żarliwym patriotą,
uczestnikiem wojny z bolszewikami w 1920. Zawodu fotografa nauczył się pracując
od 1935 w atelier „Foto-Korekt” w Katowicach przy ul. 3 Maja, należącym do jego
ciotki, gdzie wykonywał portrety, zdjęcia legitymacyjne oraz ślubne.

Po wybuchu II wojny światowej i zajęciu Żywca przez Niemców,
odmówił podpisania Volkslisty przysługującej mu z uwagi na germańskie
pochodzenie oraz wstąpienia do armii niemieckiej. Niedługo potem wyjechał do Krynicy,
gdzie pracował przez pewien czas w fotolaboratorium. Chcą przedostać się do wojska
polskiego we Francji, próbował przedostać się przez granicę z Węgrami.
Zadenuncjowany przez miejscowych Łemków za Komańczą podczas pieszej przeprawy
przez Bieszczady, aresztowany trafił 31 sierpnia 1940 do obozu zagłady
Auschwitz-Birkenau. Podczas transportu do obozu, w Tarnowie po raz kolejny
Niemcy zaproponowali mu podpisanie Volkslisty, a Brasse po raz kolejny odmówił.
W obozie skierowano go początkowo do komanda kopiącego fundamenty nowych
budynków oraz budującego drogi od krematorium do dworca, gdzie szybko awansował
na tłumacza kapo. Następnie pracował w komandzie przeładowującym węgiel i koks,
a potem w kartoflarni.

Gdy Niemcy dowiedzieli się o jego zdolnościach – został
głównym fotografem obozowym. Od 5 lutego 1941 był zatrudniony w specjalnym
komandzie rozpoznawczym Wydziału Politycznego (Gestapo), którym kierował
Bernhard Walter. Wykonywał tam portrety nowo przybyłym więźniom, przeznaczone
do kartoteki obozowej. Brasse każdemu więźniowi robił serię trzech zdjęć: w
nakryciu głowy, pod kątem, a potem z profilu. Zdarzało się, że przez noc robił
ich tysiąc, albo więcej, bo nad ranem przyjeżdżał następny transport. Oprócz
tego fotografował wszystko: od pracy więźniów przez prywatne spotkania Niemców
z rodzinami i doświadczenia medyczne. Jak sam szacuje wykonał ok. 50 tys. zdjęć.
Był szanowany przez Niemców pracujących w obozie, bo zależało im na ładnych
zdjęciach wysyłanych rodzinom. Nawet Max Grubner, szef oświęcimskiego Gestapo,
za odpowiednią łapówką na portrecie wyszedł jak troskliwy tatuś. Poznał również
Josefa
Mengele
– osławionego „Anioła Śmierci”, którego zapamiętał jako
człowieka grzecznego. Podczas ewakuacji obozu zignorował rozkaz spalenia
wszystkich zdjęć, dzięki czemu ocalało ponad 40 tys. fotografii. Były one
później dowodami w procesach hitlerowców. Po wyzwoleniu przez Amerykanów
otrzymał po raz trzeci propozycję zmiany obywatelstwa – „Zostań tu. Tam są
już bolszewicy. Jak zechcesz, będziesz Niemcem, Anglikiem albo
Amerykaninem”. Pomimo to powrócił do Żywca. Chciał wrócić do zawodu
fotografa, ale zrezygnował po kilku próbach – gdy na kogoś patrzył przez
obiektyw aparatu, widział zawsze więźniów z Oświęcimia, powracały koszmary, już
nigdy nie wziął do rąk aparatu fotograficznego. O swojej pracy obozowego
dokumentalisty nie wspominał nikomu przez sześćdziesiąt lat. Został
rzemieślnikiem, nikt nie znał jego przeszłości.

Po latach na
jego ślad trafili historycy z Izraela, a od nich dowiedział się o nim
dokumentalista, Ireneusz Dobrowolski.
Reżyser przez kilka lat zbierał materiały do filmu dokumentalnego
„Portrecista”, który opowiada o Brassem i jego pracy w Auschwitz.
„Spowiedź” Wilhelma Brassego przed kamerą trwała 10 dni………..