Gmina Wyznaniowa Żydowska w Poznaniu

Kehilat Poznań קהילת פוזנן

POZNAŃ, UL. STAWNA 10 י״ג בחשוון תשפ״ז 24 października 2026

Pamiętajmy!

27 stycznia – Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu. Pamiętajmy! Mówi Mordechaj (Michał) Podchlebnik.
REJESTRUJĄ: Zofia Nałkowska i Claude Lanzmann

https://youtube.com/watch?v=SDDPvACWFP8

Zofia Nałkowska, „Medaliony”: „Człowiek jest mocny” (fragment):

(…)

 Ja mieszkałem w Ugaju, pracowałem u Niemców.
Tak mówi Michał P., młody, wielki Żyd atletycznej budowy, o małej
głowie. Mówi niegłośno, spokojnie, ale jednak uroczyście, jakby
recytował tekst święty.
– Zaprowadziłem do samochodu mojego ojca i
moją matkę. Później zaprowadziłem moją siostrę i jej pięcioro dzieci i
mojego brata z żoną i trojgiem dzieci. Chciałem pojechać ochotniczo z
rodzicami, ale mi nie pozwolili.
Mieli do tego powody.
–
Pracowałem wtedy przy rozłożeniu starej stodoły z polecenia Komitetu
Żydowskiego w Ugaju, więc nie byłem w spisie, kiedy wywozili Żydów z
Koła.

Niektórzy się bali. Wtedy Siuda, żandarm wojskowy z polskich
folksdojczów, powiedział im: „Nie bójcie się, zawiozą was na stację
Barłogi, a stamtąd pojedziecie dalej do roboty”. Więc się nie bali.
Niektórzy nawet sami chcieli jechać.
Żydów z Koła wywozili przez pięć dni. Na końcu wywieźli Żydów chorych, ale szoferom kazali jechać z nimi wolno i ostrożnie.
Na początku stycznia 1942 roku zabrali mnie w Ugaju razem z
czterdziestoma innymi Żydami na posterunek żandarmerii. Na drugi dzień
zajechał samochód ciężarowy z Izbicy i w tym samochodzie było piętnastu
Żydów z Izbicy. Załadowali nas razem z nimi i zawieźli do Chełmna.
Wszyscy w tym samochodzie to byli ludzie silni, zdolni do najcięższej
pracy.

Wspaniałym gestem ręki ukazał miejsce, gdzie przez liście widać było gruzy.
– Tam pałac jeszcze stał. Byłem ciekawy, jak to wygląda. Ale nam
patrzyć nie dali. Kiedy samochód wjechał w drugi dziedziniec, odsunąłem
płachtę i zobaczyłem, że na ziemi Ieżą używane ludzkie łachmany. To już
wiedziałem, co się dzieje.
Z samochodu przepędzili nas do piwnicy.
Poganiali kolbami. Na ścianie było napisane po żydowsku: „Kto tu
przychodzi, każdy ma śmierć”.
Na drugi dzień zawołali mnie na górę,
żeby wynosić z drugimi ubranie. W dużym pokoju były rzucone na podłodze
różne łachy mężczyzn i kobiet, palta i buty. To trzeba było przenosić
do drugiego pokoju. A tam już leżało tego… Buty układaliśmy w osobną
stertę. W tym pierwszym pokoju, gdzie rozbierali się Żydzi, stały dwa
piece, dobrze napalone. Było ciepło, żeby się chcieli łatwo rozbierać.

W piwnicy okna mieliśmy zabite deskami. Ale jak jeden drugiego podsadził, można było przez szparę coś widzieć.
Niemcy wyganiali ludzi przez ganek tylko w bieliźnie. To oni nie
chcieli wychodzić na mróz bez ubrania. Zobaczyli już, co jest, zaczęli
się cofać. Wtedy Niemcy ich bili i wpędzali do auta.
Ci, co
przychodzili do piwnicy z pracy na noc, powiedzieli, że w lesie zakop
ludzi uduszonych. Wtedy się podałem do pracy w lesie. Myślałem, że z
lasu można uciec.

Zabrali nas trzydziestu, do samochodu, zawieźli
do lasu Żuchowskiego, dali łopaty i kilofy. O ósmej rano przyjechał
pierwszy samochód z Chełmna. Kto pracował w rowie, nie wolno było
obrócić się do samochodów, nie dali patrzyć. Ale widziałem. Niemcy – jak
otworzyli drzwi – odskoczyli od auta. Ze środka szedł ciemny dym. W
miejscu, gdzieśmy stali, nie czuć było żadnego zapachu.
Potem
weszło do auta trzech Żydów i oni wyrzucali trupy na ziemię. W aucie
leżały jedne na drugich prawie do połowy wysokości. Niektóre trzymały
się w objęciu. Takim, co jeszcze żyły, Niemcy strzelali w tył głowy. Po
wyrzuceniu trupów auto odjeżdżało do Chełmna.

Potem dwóch Żydów
podawało trupy dwom Ukraińcom. Oni byli w ubraniu cywilnym. Wyrywali
obcęgami złote zęby trupom, z szyi im ściągali woreczki z pieniędzmi, z
rąk zegarki, obrączki z palców.
Obszukiwali trupy bardzo, aż do brzydliwości.
Do tego czasu robili to we trzech. Ale akurat tego dnia jednego
Ukraińca przy ładowaniu wepchnęli razem z Żydami, co ich miał rewidować.

Jak auto przyszło do lasu, to tego Ukraińca rozpoznali i bardzo go
chcieli odratować. Robili mu sztuczne oddychanie, ale już nie pomogło.
Niemcy sami nie rewidowali trupów, ale zawsze dobrze patrzyli Ukraińcom
na ręce przy tej robocie. A co tamci znaleźli, Niemcy wkładali do
osobnej walizki.
Bielizny z trupów już nie kazali zdjąć.
Po
obszukaniu trupów kładliśmy je do rowu, na przemian, jednego głową przy
nogach drugiego, bardzo ciasno, żeby się dużo zmieściło. Wszystkie
obrócone twarzą do dołu. Im wyżej, tym rów był szerszy, pod wierzch
mieściło się tak około siebie ze trzydzieści trupów. W trzech, czterech
metrach rowu mieściło się tysiąc.
Do lasu przyjeżdżał dziennie
transport uduszonych trzynaście razy, w jednym samochodzie szło na raz
do dziewięćdziesięciu. Żydzi oczyszczali podłogę samochodu, jak co
złotego znaleźli, też oddawali do walizki. Mydła i ręczniki odchodziły z
powrotem do Chełmna.

Od początku namawiałem się z drugimi, żeby
uciec. Ale ludzie byli za bardzo przygnębieni. Praca nasza trwała cały
dzień, póki się nie ściemniło. Przy pracy bili nas, żeby to szło
prędzej. Jak który za powoli pracował, to kazali się położyć twarzą na
trupach i z rewolweru strzelali mu w tył głowy.
Żandarmi, którzy
nas pilnowali w czasie służby, byli trzeźwi. Byli zawsze ci sami. Z nami
nie rozmawiali. Czasami nam który rzucił do rowu paczkę papierosów.
Raz przyjechało do lasu Żuchowskiego trzech obcych Niemców. Rozmawiali z
oficerami SS, oglądali razem zwłoki, śmiali się i odjechali.

Dziesięć dni przepracowałem. Las nie był wtedy jeszcze ogrodzony, pieców
do palenia trupów też jeszcze nie było. Przy mnie duszono Żydów z
Ugaju, Żydów z Izbicy, w piątek przywieźli Cyganów z Łodzi, w sobotę
Żydów z łódzkiego getta. Jak Żydzi z Łodzi przyjechali, to między nami
zrobili Niemcy selekcję, dwudziestu słabszych oddali do gazu, a wzięli
na to miejsce nowych, mocnych Żydów z Łodzi.

Pierwszego dnia ci
łódzcy Żydzi byli zamknięci w drugiej piwnicy i pytali się przez ścianę,
czy dobry obóz, czy dają dużo chleba. Jak się dowiedzieli, co tu jest,
to się przelękli i mówili: „A myśmy się sami zapisali do pracy”…
Zamilkł na chwilę, coś w sobie ważył. Jego wielkie, kościste ciało
ugięło się od wewnętrznego zmęczenia. Po namyśle powiedział tak:
–
Jednego dnia – to był wtorek – z trzeciego samochodu, który przyjechał
tego dnia z Chełmna, wyrzucili na ziemię zwłoki mojej żony i moich
dzieci, chłopiec miał siedem lat, dziewczynka cztery. Wtedy położyłem
się na zwłokach mojej żony i powiedziałem, żeby mnie zastrzelili.
Nie chcieli mnie zastrzelić. Niemiec powiedział: „Człowiek jest mocny,
może jeszcze dobrze popracować”. I bił mnie drągiem, dopóki nie wstałem.

Tego wieczora powiesiło się w piwnicy dwóch Żydów. Chciałem się też powiesić, ale odmówił mię człowiek pobożny.
Wtedy ugodziłem się z jednym, żeby razem uciec w drodze. Ale właśnie na
ten raz on pojechał drugim samochodem. Więc już powiedziałem sobie, że
ucieknę sam.

Gdy wyjechaliśmy w las, poprosiłem konwojenta o
papieros. Dał. Cofnąłem się, a inni go oblegli też o papierosy.
Rozciąłem nożem płachtę przy szoferze i wyskoczyłem z samochodu.
Strzelali za mną, ale nie trafili. W lesie strzelał do mnie Ukrainiec na
rowerze, też nie trafił. Uciekłem.

We wsi schowałem się do stodoły
i zakopałem głęboko w sianie. Rano usłyszałem, jak pod ścianą mówili
chłopi, że Niemcy są we wsi i szukają Żyda, który uciekł. Po dwóch
dniach, nic nie jedząc, wykradłem się ze stodoły. W drodze zaszedłem do
chłopa – nazwiska jego nie znam. Nakarmił on mnie, dał mi maciejówkę,
ogolił, żebym wyglądał po ludzku. Od niego poszedłem do Grabowa i tam
spotkałem tego Żyda, z którym się umawiałem. On uciekł tego samego dnia z
drugiego samochodu.

(…)

Paweł Jędrzejewski