
Kiedy czytam tekst Jana Hartmana „Żyd Żydowi Polakiem” i obserwuję łatwość, z jaką
autor posługuje się słowem Żyd, zapala mi się czerwone światełko. Retoryką
wpisuje się on bowiem nieco w język osób i środowisk, delikatnie nazywając, do
nas i naszego środowiska uprzedzonych. Nawiązanie do tego Wojewódzkiego
wskazuje na satyryczny charakter tego tekstu. Mi jednak jakoś do śmiechu nie
jest…
Moja jecer hara (skłonność ku złu) nęci mnie by profesorowi
Hartmanowi przytrzeć nieco nosa i podkreślić, że to, że ktoś posiada
pochodzenie żydowskie i pewną ogólną wiedzę o świecie potwierdzoną tytułem
naukowym, nie oznacza, że wypowiedź ta ma znamiona głosu społeczności
żydowskiej, i że w jakikolwiek sposób prezentuje jej poglądy. Należymy z Janem
do pewnej żydowskiej organizacji, słyszałam kilka jego wypowiedzi i żadna z
nich nie porwała mnie głębią, znajomością tematyki żydowskiej, czy naszej
lokalnej problematyki. Przy pewnej lekkości pióra łatwo wypowiadać się tonem
eksperta, a zdolności literackie ułatwiają maskowanie wszelkiego rodzaju
płycizn…
W tradycji żydowskiej mędrzec nie nazywa się wcale
„uczonym w piśmie”, tylko talmid hacham – dosłownie tyle, co uczeń
mędrca. Przede wszystkim jesteśmy uczniami, a potem może też nauczycielami. To
dziwne, że gdzieś w historycznej zawierusze mądrość, skromność i wiedza
żydowska Twoich przodków – chyba nie została Ci, bracie Janie, przekazana w
wystarczającym stopniu. Żyd z pochodzenia nie zawsze jest mentalnie Żydem.
„Ta szma” powtarza Talmud – by nauczać prastarych prawd Miszny –
chodź tu i posłuchaj – studiuj, nie tylko prawo żydowskie, biblijne komentarze,
czy teksty mistyczne. Wsłuchać się w głosy rabinów, to znaczy spokornieć wobec
rzeczywistości, to umieć żyć codziennością – nie szukając w niej ciągłej
rozrywki, to przede wszystkim wsłuchać się w siebie. Świat jest taki, jaki jest
– bo tak ma być, rzeczywistość trzeba szanować. Tożsamościowe wybory innych są
częścią tej rzeczywistości właśnie. Są żydowscy Goje i gojscy Żydzi – zakończmy
więc ten chocholi taniec, życie to nie bal… Życie to zmaganie się z własnym
losem i samym sobą – z samym sobą, a nie z losem i „samym sobą”
innych… W tej walce odkrywamy własne nowe imię. Taka wywalczona tożsamość, wyrwana
antysemityzmowi, strachowi, ciemności, jest bardzo wartościowa. Tożsamość
żydowska zbudowana w reakcji na antysemityzm to wcale nie zawsze jest
katastrofą budowlaną – widziałam piękne pałace postawione pomimo tych
trudności. W końcu zmaganie się z aniołami, tymi dobrymi i tymi złymi, to los
naszego narodu od praojca Jakuba – „maase awot lebanim” – losy ojców
są przepowiednią losów ich dzieci… Moja zła inklinacja podpowiadałaby Janowi,
żeby opowiedział własną historię. Własny los – by pod dźwięki wewnętrznego
sporu nie podkładał głosów znanych polityków czy dziennikarzy. Te argumenty są
Twoje i właśnie jako takie są niezwykle interesujące. To całe doświadczanie
wewnętrznego konfliktu i szukanie własnej drogi, innego zupełnie autorskiego
powiązania wszystkich tych licznych elementów, takich jak polskość, żydowskość,
sprzeczne lojalności, losy własnej rodziny, europejskość, wykształcenie,
miejsce samego siebie w świecie, tych, co kochamy, podziwiamy, i to, czym
gardzimy – poukładanie tego w konflikcie z otoczeniem w sporze – jest
najcenniejsze i najciekawsze. Polska Żydowskość i Żydowska Polskość – mają tu
równe prawa.
Jecer hatow (skłonność do dobrego) podszeptuje mi jednak, że
nie można nikomu odbierać prawa do dzielenia się swoimi przemyśleniami i obserwacjami
– najbardziej nawet z naszego prywatnego, więc zawężonego punktu widzenia,
absurdalnymi. Jest takich osób w naszej społeczności więcej, z którymi nigdy
się nie zgodzę, są Żydami i mają prawo do własnych opinii. Miałam podobny spór
z Dawidem Wildsteinem i uświadomiłam sobie, że moja wieloletnia obecność w
życiu żydowskim, ani gruntowne wykształcenie religijne, a nawet największa
ilość głosów na wyborach do Rady Religijnej Związku Gmin podczas ostatnich wyborów
– nie daje mi wyłączności na mówienie „żydowskim głosem” czy
wypowiadania się o i w imieniu społeczności żydowskiej. Tym bardziej więc nie
mam prawa pouczać innych (w tym Jana Hartmana), w jaki sposób mają ten głos
zabierać oraz jakie są do tego niezbędne kwalifikacje…
Jest jednak przestrzeń obiektywna publiczna i do niej mogę
się odnieść w poszukiwaniach rambamowskiego złotego środka.
Ważne jest, kto ma prawo nas reprezentować i jakiego języka
ma prawo używać. Pamiętajmy bowiem, że chyba jest więcej osób, które mają
żydowskie pochodzenie, jednak stronią od przynależności do jakichkolwiek
struktur, organizacji i Gmin – niż te, które chcą być instytucjonalnymi Żydami
lub instytucjonalnymi Polakami. Z drugiej strony do żydowskich organizacji
wciąż próbują się dostawać osoby, które nie mają wystarczających dokumentów…
Ważne jest rozdzielenie tożsamości indywidualnej od tej
tego, jakie instytucje żydowskie reprezentujemy..
Na tle tych słów bardzo ciekawą jest debata wokół kwestii
oświadczenia wydanego przez Gminę w kwestii konfliktu w strefie Gazy. Apel był
wystosowany w imieniu Społeczności Żydowskiej. Choć zgadzam się z każdym słowem
tego listu – to też rozumiem osoby, które mają problem z takim postawieniem
sprawy. Nie mam jasności, że nawet przewodniczący Związku Gmin – może
podpisywać tak zbudowane apele w imieniu Społeczności Żydowskiej.
http://warszawa.jewish.org.pl/pl/aktualnosci/366-oswiadczenie-w-sprawie-konfliktu-w-strefie-gazy
Nie wiem, jaki powinien być proces dochodzenia do wspólnego
głosu i czy taki wspólny głos w jakiejkolwiek sprawie jest uprawniony, nawet
jeśli jest niezbędny… Może każda taka wypowiedź powinna być listem, pod
którym podpisują się Ci, którzy się z daną wypowiedzią utożsamiają? W każdym
razie, o ile można debatować w kwestii listu Piotra Kadlcika, w żadnym wypadku
głos Jana Hartmana takim naszym społecznym głosem nie jest. To jego cienie i
Jego chocholi taniec. Myślę, że bardziej, niż o Michniku czy Dornie, opowiada o
sobie samym… Choć może, gdyby nie padały tam nazwiska, łatwiej byłoby mi
utożsamić się prywatnie z tą wypowiedzią.
Różnica pomiędzy tym, kto jest w środku, i tym, kto jest na
zewnątrz żydowskiego dyskursu, leży właśnie w umiejętności poruszania się w
tych subtelnych niuansach tożsamościowych. Zobaczcie, jak w tym liście Gminy
podpisanym przez przewodniczącego ZGWŻ ostrożnie zbudowana jest ta wypowiedź…
Z jednej strony, kiedy mówimy w imieniu społeczności, jej głosem, w jej
imieniu, kiedy do czegoś nawołujemy – musimy używać niezwykle subtelnych
narzędzi. Inaczej bowiem zupełnie nieświadomie możemy wciągnąć innych we własną
walkę. Możemy postawić osoby, które zbudowały swoje własne konstrukcje
tożsamościowe w sytuacji konfliktu wobec wewnętrznych i zewnętrznych sił,
obalić delikatną równowagę.
Dyscyplina tego języka jest niezwykle trudna do utrzymania, bo
granice tego kto jest, a kto nie jest w każdej z licznych tożsamościowych
przegródek, jest zupełnie płynne. Umowne są też ceny, które płacimy za owe
wybory, nie warto więc obnosić się z tymi ranami… Każdy wybór jest trudny, ma
swoje uzasadnienia i każdy z nas za ten wybór płaci pewną cenę…
Jakby to dziwnie nie brzmiało, każdy kto twierdzi, że jest
Żydem – nim się staje. To samo dotyczy Polskości i nic nam do tego, czy to
prawdziwe, czy nie – uczciwe intelektualnie czy naciągane, sztuczne czy
autentyczne w opinii czy odczuciu osób trzecich… Nie można komuś ani
narzucić, ani odebrać tożsamości. Każdy sam i w swoim imieniu wytycza własne
granice, innym granic tego, jak sami siebie postrzegają, wytyczać nie wolno. W
ten sposób powstaje ciekawe zjawisko Polacy (nie-Żydzi), w powszechnym
rozumieniu i potocznym języku tzw. Goje, którzy funkcjonują w swoim życiu jak
Żydzi. Obchodzą szabat, utożsamiają się z Izraelem jako państwem i narodem lub
studiują Torę. Część z nich funkcjonuje zupełnie normalnie, są naszymi
przyjaciółmi, w pełni akceptujemy ich wybór. W Polsce można spokojnie
powiedzieć, że tak jak nie ma Żydów, którzy mogą być pewni swojej etnicznej
przeszłości, nie ma tu takich pewniaków – Polaków. Są pewni Żydzi no i tacy,
którzy JESZCZE nie odkryli swoich żydowskich korzeni. Pewni i niepewni Żydzi…
Przesadzam? Tak, ale coś w tym jest – prawda?
Najtrudniej poradzić sobie z tymi, którzy nam próbują
narzucać, jak mamy żyć i jak powinniśmy być Żydami lub Polakami…
Część osób w Polsce przechodzi konwersje – czyli staje się
Żydem w sensie instytucjonalnym. Konwersja to nie tylko zmiana wyznania – to
również „naturalizacja”; stajesz się jednym z nas – bez względu na
to, na ile teraz uważasz się za Polaka, jesteś Żydem. Jesteś częścią tej
społeczności od Ziemi Kanean po przyszłość, od ultra-ortodoksyjnego rabina, po
feministkę, częścią narodu ludzi, którzy mieszkają pod każdą długością i
szerokością geograficzną, również w Ziemi Izraela, jesteś bratem – siostrą
tych, którzy ukrywają swoje żydowskie korzenie, ale wtedy jesteś ich bratem
ukrytym… Twoja bliskość losu jest wraz z tym człowiekiem schowana, uśpiona.
Uśpiony brat powinien być łagodny – przecież nie ma powodu toczyć rodzinnych
sporów z tymi, którzy nas za rodzinę nie uważają i być może nigdy uważać nie
będą. Tak, to może nawet zaboleć, może ktoś czuć się odrzucony. Mogę Ci tylko
powiedzieć, Janku, ale to mogę powiedzieć każdemu Żydowi i Żydówce: bądź moim
bratem, siostrą – pokłóć się ze mną…
Pamiętajmy, że ta żydowska więź jest zupełnie wirtualna, ona
nie jest i nigdy nie była elementem spisku.
Braterstwo, to zobowiązanie, by szanować ludzkie wybory i
pokornie podchodzić do tego, jak inni postrzegają samych siebie. To samo, co
dotyczy osób, które przechodzą konwersję, dotyczy też Żydów powracających do
naszej społeczności – trudno nauczyć się żyć w takim czulencie, ale to jest
właśnie żydowski świat – prawie od zawsze, od synów Israela i od pierwszej
Miszny – różnimy się i z trudem uczymy się pomimo tych różnic tworzyć naszą
społeczność… Apelowanie o jedność nie ma większego sensu, trzeba się nauczyć
żyć w tym wielogłosie…
Są też Polacy, polskiego pochodzenia, którzy nie zmieniając
religii i narodowości, mocno utożsamiają się z naszym środowiskiem i naszym
losem. Członkowie Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów są tego najbardziej
chlubnym przykładem. Są to różni świeccy i duchowni działacze Chrześcijanie,
którzy starają się wspierać idee dialogu w swoim codziennym życiu.
Czasem nawet zdarza się, że takie osoby doświadczają
antysemityzmu i stajemy wobec dziwnej sytuacji: otóż czasem trzeba bronić
Polaków przed Polakami, bo są atakowani za swoje żydowskie wybory. Ostatnim
takim przypadkiem byli twórcy filmu Pokłosie. Napisałam prywatnie do Pana
Stuhra, jak bardzo jest mi przykro. Nie obchodzi mnie, czy „zrobił to dla
kariery” i na „własne życzenie” – fakt jest taki, że obrywa za
nas i jak jeden z nas, równie niesłusznie. To rodzi naturalną solidarność. Jednocześnie
nie chcę wyrządzić komuś niedźwiedziej przysługi – opowiadając się za kimś,
broniąc go możemy utrudnić mu sytuację… Kiedy antysemityzm dopada Żydów –
mamy nieco więcej narzędzi moralnych i mentalnych. Jednak, gdyby ktoś
potrzebował wsparcia w takiej sytuacji, powinniśmy mieć gotowy język. Może
jednak powinniśmy odszukać w sobie to braterstwo losów i wspólnym głosem, mimo
tego, że właściwie nigdy go nie mamy, wypowiedzieć się w sprawie Pokłosia i
ataku na Macieja Stuhra.
Najdziwniejsze jest jednak, gdy Żydzi oskarżają Polaków lub
Żydów (niepotrzebne skreślić włączając „lub”) za to, że nie są
Żydami, tylko Polakami… Mam nadzieję, że jest już zupełnie jasne, że ja pod
tym oskarżeniem się nie podpisuję.
Miriam Gonczarska